Minister zdrowia, Adam Niedzielski stwierdził, że wprowadzone restrykcje zaczynają działać. Jego zdaniem krzywa wzrostu zachorowań się wypłaszczyła i nie grozi już nam brak łóżek dla chorych na COVID-19.

O sukcesie walki z COVID-19 stanowi ilość testów. O ilości umierających wspomina się niechętnie. Po tym jak minister zdrowia ogłosił, że sytuacja pandemiczna w Polsce się zaczyna stabilizować w przestrzeni publicznej pojawiły się głosy oburzenia, bo przecież pamiętamy wiosenne, przedwyborcze zwycięstwo nad pandemią ogłoszone przez Mateusza Morawieckiego.
Pojawiają się także zarzuty, że raportowana liczba przypadków jest regulowana odgórnie, np. poprzez zmniejszenie liczby testów. A tymczasem, przykładowo w sobotę (14.11.2020) mieliśmy rekordowe 548 zgonów.

Według ministra zdrowia powyższy przykład ukazuje, że na każde spostrzeżenie pojawia się zarzut kłamstwa, a każde słowo trzeba na wszystkie sposoby wyjaśniać, żeby nie pozostawić miejsca do tworzenia teorii spiskowych.
– „O tym, ile mamy wykonywanych w Polsce testów, w przeważającej mierze decyduje liczba zleceń wystawianych przez lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Im więcej pacjentów objawowych zgłasza się do przychodni czy na teleporadę, tym więcej testów. Gdzie tu miejsce na działania moje czy rządu? Na początku września mieliśmy w granicach 20 tys. testów na dobę, a w weekendy – 10–15 tys. Nowa, wprowadzona przeze mnie strategia testowania dała nam przeskok do 60 tys., a osiągaliśmy nawet ponad 80 tys. To odzwierciedlenie aktywności lekarzy rodzinnych w aspekcie liczby pacjentów, którzy do nich trafiają z objawami. Liczba badań w naszym systemie jest świadectwem aktywnych przypadków. Skoro do lekarzy idzie mniej osób z objawami, to robi się mniej testów. Tu nie ma odgórnego ustawiania fluktuacji. To absurdalny zarzut, który wynika z nieznajomości systemu” – stwierdził Adam Niedzielski.

W ostatnich dniach odnotowano w kraju bardzo wysoki odsetek pozytywnych wyników testów. Według Światowej Organizacji Zdrowia tak duża liczba trafionych testów oznacza, że jesteśmy krok za epidemią. Według Adama Niedzielskiego, gdyby wirusa było mniej, mniej byłoby również celnych wskazań. Podobno jest to swoisty katalizator wpływający na większy odsetek pozytywnych wyników.  – „To, co dzieje się dziś w zakresie zakażeń, jest odzwierciedleniem tego, co działo się w zakresie zleceń z POZ. Dwa tygodnie temu zaczęła się zmniejszać ich liczba, a wcześniej praktycznie mieliśmy jej podwojenie. Po tym podwojeniu trzeba było się spodziewać rosnącej liczby pozytywnych wyników. Teraz mamy liczbę malejącą. W raportach za poniedziałek liczba zleceń od lekarzy rodzinnych spadła z 70 tys. do 50 tys. Dlatego musi nastąpić redukcja pozytywnych wyników – to wartości skorelowane” – tłumaczy minister zdrowia.

Obywatele z zaniepokojeniem śledzą liczbę chorych, bo zgodnie z deklaracją Mateusza Morawieckiego to od niej zależy, czy będzie lockdown. Polacy zadają sobie pytanie – Czy zostaniemy zamknięci na święta?

Podobno minister zdrowia był zwolennikiem ustalenia sztywnych kryteriów, tak żeby wszyscy wiedzieli, co czeka społeczeństwo w najbliższej przyszłości. Żeby obywatele i poszczególne branże nie były zaskakiwane niespodziewanymi decyzjami, tak jak to było choćby z zamknięciem cmentarzy na 1 listopada.

„To nie jest tak, że będziemy podejmować decyzje tylko na podstawie dziennej liczby zakażeń czy zachorowań. Przy zajętej w pełni infrastrukturze, nawet średnia liczba zachorowań dziennie – powiedzmy 10 tys. – może być sporym problemem” – mówi Adam Niedzielski i dodaje – „Co do Wszystkich Świętych podjęliśmy słuszną decyzję, nie mamy dziś eskalacji zakażeń. Można dyskutować oczywiście o dniu, w którym ją ogłosiliśmy, ale oceniajmy po efektach: dwa tygodnie po Wszystkich Świętych nie ma skoku zakażeń. W epidemii nie ma prostych decyzji”.

Czyli o lockdownie dowiemy się w Wigilię, tak jak było z cmentarzami? A co z Bożym Narodzeniem?
Zgodnie z zapewnieniami w ministerstwie zdrowia na bieżąco gromadzone są informacje i prowadzone są analizy na podstawie których można opracowywać prognozy i strategię walki z pandemią.
„Wiemy już na pewno na podstawie naszych i zagranicznych doświadczeń, że trzeba być bardzo ostrożnym w luzowaniu obostrzeń. Czechy wiosną miały bardzo niskie wyniki zakażeń, a po wakacyjnym pełnym zliberalizowaniu zasad problem wrócił ze zdwojoną siłą. Nie chcemy popełnić tego błędu. Czy jednak wprowadzimy dodatkowe obostrzenia? Jeżeli utrzymamy stabilizację, może z lekkim spadkiem, to pozwoli na to, żeby przynajmniej utrzymać status quo” – zapewnia minister zdrowia.

Czy dzieci wrócą do szkół w tym roku?
Minister Przemysław Czarnek zapowiada, że dzieci do szkół mogą pójść już pod koniec listopada, ale oficjalnych w tej kwestii informacji nadal jest brak.

 – „Jestem z wykształcenia ekonometrykiem i całe życie siedzę w wykresach. Jednak dzisiejsza rzeczywistość wygląda tak, że żaden model prognostyczny nie okazał się w pełni skuteczny. Realnie nikt dziś odpowiedzialnie nie odpowie na pytanie o rozwój wypadków w perspektywie dłuższej niż dwutygodniowa. Są oczywiście pewne założenia i scenariusze” – mówi minister Czarnek.

Czyli wiemy, że nic nie wiemy. Wypowiedź idealnie wpisuje się w dotychczasową politykę rządu, a dyrektorzy szkół i pedagodzy mogą zostać kolejny raz zaskoczeni niespodziewaną decyzją.

Czy jesteśmy zdani sami na siebie?
W kwestii Bożego Narodzenia zaskoczeni mogą zostać praktycznie wszyscy.  Są to rodzinne święta i każdy chciałby wiedzieć jak sobie to wszystko zaplanować. Nie wiemy jakie zostaną wprowadzone ograniczenia, czy, np. będzie można się przemieszczać i czy w ogóle odwiedzimy rodzinę. Brak konkretów ze strony rządu komplikuje życie praktycznie w każdym aspekcie naszego życia, jak choćby w kwestii dokonania przedświątecznych zakupów, itd.

Brak konkretnych informacji nie jest także na rękę handlowcom, bo nie wiedzą, czy zamawiać towar i jaką jego ilość zabezpieczyć na okres świąt.
Zupełnie inna sprawa, to kwestia osób, które przebywają na kwarantannie i w szpitalach. Jak tym ludziom zabezpieczyć, choć w drobnym procencie świąteczną atmosferę?  Zauważmy – o tym się w ogóle nie mówi!

Próbując odpowiedzieć na powyższe pytania należy się zastanowić nad tym czy nie zagrożone jest nasze bezpieczeństwo zdrowotne i jaka jest wydolność systemu ochrony zdrowia. Prognoza matematyków z ICM UM mówi, że przestanie być on wydolny przy 44 tys. hospitalizacji. Ministerstwo w analizach podobno brało pod uwagę te prognozy, planując dotychczasowe i zapowiadane obostrzenia. Według rządzących pik zachorowań miał przypaść na połowę listopada. Jednak dzięki wprowadzonym restrykcjom ten scenariusz się nie realizuje, bo w oczywisty sposób obostrzenia zmieniają rezultaty symulacji.
Co z tego wynika dla obywateli? Otóż nic, bo w ślad za danymi nie idą decyzje, które są przecież dla nas bardzo istotne, bo to na ich podstawie każdy przecież stara się planować swoje życie na kolejne dni i tygodnie.
W procesie planowania pozostaje jeszcze kwestia zaufania obywateli do podawanych przez ministerstwo zdrowia informacji, które w wielu miejscach rozmijają się z danymi wykazywanymi przez powiatowe Stacje Sanitarno-Epidemiologiczne. Wiele osób sceptycznie przyjmuje rewelacje ogłaszane przez rządzących podczas kolejnych konferencji prasowych. Minione miesiące dobitnie pokazały, że politycy mało poważnie traktują obywateli z góry zakładając, że większość z nas, to idioci, którym można opowiedzieć każdą bajkę.

Jakie tego są efekty? Cóż, skutki tej nieodpowiedzialnej polityki będą nas nękać jeszcze przez wiele lat. Obecnie obywatele boją się iść do szpitala i umierają w swoich domach, ale nie na COVID-19 tylko na zawały serca i inne choroby o których rząd jakby zapomniał.
Coraz więcej obywateli zamiast ulegać przedświątecznej atmosferze wychodzi na ulice miast i miasteczek po to, żeby zaprotestować i pokazać swoje niezadowolenie z takiego stylu rządzenia naszym krajem. Tak nie powinno być. Ciekawe co rządzący w obliczu aktualnych wydarzeń będą życzyć Polakom na Święta Bożego Narodzenia?