W innych krajach rządy tną podatki w czasie pandemii, a w Polsce rząd PiS ukradkiem je podnosi. Jak to zaszkodzi naszej gospodarce? Jak odczują to przedsiębiorcy i mieszkańcy?

Podczas gdy rządzący winnych krajach starają ulżyć firmom w czasie pandemii, polskie władze wydają się odliczać dni do wejścia w życie kolejnych podatków. Chyba zapominają, że niskie spadki PKB zawdzięczamy wytrwałości naszych przedsiębiorców, a podnoszenie danin może mieć w niedługim czasie opłakane skutki.

Od pewnego czasu Polaków zaczynają mocno niepokoić poczynania rządzących w czasie trwania globalnej pandemii koronawirusa, bo po mimo ogólnego światowego trendu opuszczania podatków w celu ulżenia przedsiębiorcom, polski rząd zdaje się nie dostrzegać nadchodzących problemów i sukcesywnie, ukradkiem wprowadza kolejne, nowe podatki.

  Wśród zaplanowanych na przyszły, 2021 rok nowych podatków znalazły się:

  • podatek od sprzedaży detalicznej,
  • podatek cukrowy,
  • podatek od alkoholu w małych butelkach (tzw. podatek od małpek),
  • podatek CIT od spółek komandytowych,
  • opłata przekształceniowa OFE.

Pewnym jest także, że dodatkowo w górę pójdą: podatek od nieruchomości i podatek od deszczu. Nastąpi też ograniczenie ulgi abolicyjnej (podwyższy to wymiar podatku dochodowego) oraz kolejny rok utrzymana zostanie podwyższona stawka VAT, która w 2021 powinna ulec automatycznemu obniżeniu.

Jak można wytłumaczyć tak mało roztropne działania rządu PiS? Cóż, teorii jest wiele, ale najbardziej prawdopodobną przyczyną jest tu po prostu brak profesjonalizmu i stawianie politycznych celów ponad ekonomiczną logikę.
Zapewne chodzi tu o to, że na walkę z COVID-19 potrzeba kolejnych pieniędzy, a rządzący zaś znacznie już nas zadłużyli przeznaczając dotychczasowe środki na walkę z koronawirusem. W zaistniałej sytuacji niezbędny jest więc dodatkowy dopływ pieniędzy do budżetu. Pieniądze tym razem pozyskane zostaną z kieszeni przedsiębiorców i obywateli.

W pierwszym etapie walki z pandemią pomoc państw OCED skupiała się na utrzymaniu płynności finansowej przedsiębiorstw. To, m.in. dotowanie i instrumenty wsparcia bezpośredniego czy wakacje kredytowe i inne instrumenty niefiskalne.

Mieliśmy też gamę instrumentów fiskalnych, czyli odroczenia podatków, odroczenia terminów składania deklaracji podatkowych, zmniejszanie składek na ubezpieczenie społeczne. To wszystko było obecne jeszcze na początku kryzysu związanego z epidemią.

A co z drugim etapem? Druga faza – okres miesięcy letnich – wiązała się zaś ze względnym wyciszeniem pandemii. Pozwoliło to na chwilę refleksji nad dalszym działaniem i opracowanie strategii, która pozwoli na odrodzenie gospodarcze i odbudowę po kryzysie. W naszym kraju niestety ten czas zmarnowano.

Większość krajów OECD idzie obecnie w stronę liberalizmu fiskalnego. Przykładowo Australia kontynuuje rozpoczętą jeszcze w 2019 r. bardzo głęboką reformę systemu podatkowego. Obniży ona podatki dochodowe od osób fizycznych oraz uprości cały system podatkowy m.in. cztery progi zostaną zredukowane do trzech. W wyniku aż 94 proc. mieszkańców zapłaci podatki w wysokości 30 proc. lub mniej.

Szwecja także obniżyła podatek dochodowy od osób fizycznych dla wielu grup społecznych, ale obniżono też m.in. koszty pracy. Następna grupa to kraje, takie jak Czechy czy Niemcy – oba państwa obniżyły VAT, w szczególności dla branż mocno dotkniętych przez pandemię jak gastronomia czy hotelarstwo.

Jak wyglądają działania polskiego rządu? Okazuje się, że nasze państwo znajduje się niestety w awangardzie i planuje kolejne podwyżki podatków. Nie jest to jednak w obecnej sytuacji najrozsądniejsza decyzja.

Ekonomiści a także pracodawcy twierdzą, że takie działanie, długofalowo bardzo źle wpłynie na naszą gospodarkę. Bo podnoszenie podatków, kosztów i opłat nawet w zwykłych warunkach rynkowych prowadzi do spowolnienia wzrostu.

Podnoszenie podatków w dobie kryzysu jest na dłuższą metę niemożliwe do zaakceptowania. Jeszcze we wrześniu połowa polskich przedsiębiorców uważała, że jest dobrze przygotowana do drugiej fali epidemii. Wynika z tego, że przedsiębiorcy po prostu mają stalowe nerwy. Prawda jest taka, że relatywnie ujmując problem, to pozytywny wynik gospodarczy powinniśmy przypisywać właśnie ich wytrwałości. Podnoszenie podatków i tzw. pełzający lockdown może jednak zdusić ten optymizm.

Działalności biznesowej nie sprzyja niepewność i brak przejrzystego prawa. Nie może być tak, że w trakcie dramatycznej sytuacji na rynkach nagle rząd wprowadza podatek od cukru, uderzający w nadszarpniętą kryzysem branżę napojową. Czynione są działania zmierzające do zamknięcia branży futerkowej, jakkolwiek nie oceniać jej etycznie, ta decyzja stanowi zamknięcie arbitralnie wybranego sektora rynku w trakcie kryzysu gospodarczego. Dalej mamy opodatkowanie spółek komandytowych podatkiem CIT, czy zapowiadane na przyszły rok kaucje od sprzedanego oleju silnikowego.

Pracodawcy chcą niewiele od państwa – chcę po prostu spokoju. pragną, aby każda nowelizacja prawa gospodarczego wchodziła w życie z co najmniej 12-miesięcznym okresem vacatio legis.

W minionych latach państwo uprawiało nadprodukcję aktów prawnych, co m.in. skutkuje ich złą jakością zmuszając przedsiębiorców do spędzania wielu godzin na zapoznawaniu się z nowymi aktami prawnymi.

Reasumując, pewnym jest, że właścicielom firm w gąszczu nowych przepisów jest coraz trudniej się połapać i coraz więcej czasu muszą poświęcać na zapoznanie się i zrozumienie aktów prawnych. A gdy dołożymy do tego bałaganu jeszcze polskie prawo podatkowe, to będziemy mieli już całkowity obraz rzeczywistości biznesowej jaką aktualnie mamy w Polsce i co najgorsze nic na razie nie wskazuje na to, że w najbliższym czasie coś ma się zmienić. Jedno jest pewne – lepiej nie będzie.